11 marca grupa dzieciaków razem z nauczycielami z naszego gimnazjum o godzinie 14.00 zebrała się na przystanku niedaleko Netto. Po co? Żeby odbyć podróż do wielkiego świata, stolicy Wielkiej Brytanii Londynu oczywiście! Od początku roku trwały przygotowania – pani Agnieszka Domżalska namawiała nas, zachęcała i zapisywała. Długie oczekiwanie miało jeden plus – był czas na podszkolenie języka. Czy wszyscy wywiązali się z zadania, pozostawiam do samodzielnej oceny…
W końcu wyruszamy. Pozytywną atmosferę da się wyczuć już podczas wyjazdu z parkingu – latające plecaki, krzyki i brawa, wybieranie miejsc, i narzekanie „długo jeszcze?”. Podczas pierwszego przystanku do wszystkich zaczyna dochodzić, że naprawdę jedziemy do Londynu. Na granicy w Kołbaskowie zaczyna do nas dochodzić, że NAPRAWDĘ jedziemy do LONDYNU! Po wjechaniu na teren Niemiec zastała nas noc. Oczywiście – kto z nas będzie spał? Było jedzenie, bajki, filmy, gry i zabawy oraz próby dogodnego ułożenia się na – uwaga – JEDNYM miejscu siedzącym autobusu. Warto dodać, iż niektórzy miejsc mieli więcej, ale w sprawy łapówek i nieoficjalnego przedzielania siedzeń nie wchodzimy… Po spokojnej nocy oraz przejechaniu Holandii i Belgii, we Francji około siódmej – ósmej rano wjechaliśmy do euro tunelu. Czekało nas tam 40 minut wypełnione zupkami chińskimi, kaszkami, puree i innymi szybkimi przekąskami. Po wyjechaniu przywitały nas piękne, cudowne, poranne i słoneczne Wyspy Brytyjskie! Nastrój udzielił się wszystkim, nawet Pani Dyrektor odrzuciła zmęczenie i tańczyła w autokarze, ciesząc się jak wszyscy z przyjazdu.

W ośrodku przywitał nas – jednogłośnie okrzyknięty najlepszym przewodnikiem na świecie – pan Jacek. Przydzielenie pokoi, zostawienie toreb, odświeżenie się i ruszamy na miasto! Śliczna dróżka przez park, kolejka, metro i jesteśmy w centrum. Po szybkiej (prawda, że wszystko działo się szybko?) zmianie planów na pierwszy ogień idzie Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Postacie jak żywe, mnóstwo zdjęć, świetna zabawa. Po obejrzeniu figur następowała przejażdżka taksówkami po ogromnej sali, przedstawiającej historię Londynu. Na koniec kino 4D, które robiło ogromne wrażenie – pryskająca woda, grzmoty, ruszające się krzesła, kolce wbijające się w plecy i latające dookoła głowy robaki. Polecam ! Następnie dla rozgrzewki kilka kilometrów po stolicy, czyli spacer wzdłuż Tamizy. Lekki krążownik „London”, czyli okręt biorący udział w II wojnie światowej, teraz służący za muzeum, teatr szekspirowski, mosty i mościki. Po takiej dawce wrażeń chyba wracamy do domu, prawda? Metro, kolejka, śliczna dróżka przez park i nasze kochane pokoje. Od razu dostaliśmy wezwanie na obiad, po zjedzeniu i jednoczesnej wymianie wrażeń czas na rozpakowanie się w pokojach i kolejne dzielenie się przeżyciami, tym razem w mniejszym gronie. Po takiej dawce stolicy wszyscy myśleli już tylko o umyciu się i POŁOŻENIU DO ŁÓŻKA.

Pobudka! Tutaj Londyn! Nie ma spania! Śniadanie (polskie!) i już, raz dwa, mamy napięty grafik! W odróżnieniu od poprzedniego dnia, autokarem dostajemy się do centrum i stamtąd już zaczynamy zabawę. Trafalgar Square, strażnicy z wielkimi, czarnymi czapami i jak na Anglię przystało herbatka w Buckingham Palace. Poprzez natłok turystów przy bramie nie udało nam się jednak odwiedzić królowej, jednak piękne widoki mieliśmy z równie pięknego parku położonego obok. Urozmaiceniem były opowiadania pana Jacka, o pewnym panu, który wszedłszy do pałacu znalazł sypialnię królowej i położył się obok niej, jak gdyby nigdy nic, lub o paru turystach z Niemiec, którzy pomylili pałacowe ogrody z parkiem i próbowali rozbić namioty na terenie rezydencji królowej. Następnie kontynuując spacerek doszliśmy do Opactwa Westminsterskiego, w dalszej drodze zdjęcia na tle Big Bena i słynnej czerwonej budki telefonicznej. Nieźle zmęczeni, ale żądni dalszych wrażeń doszliśmy do świata M&M’sów, gdzie mieliśmy trochę czasu wolnego na bieganie po trzypiętrowym sklepie wypełnionym bo brzegi M&M’sami i wszystkimi gadżetami z nimi związanymi. Jeszcze chwila na zjedzenie czegoś i lecimy dalej! Przechadzka obok Tower of London, piękny widok na Tower Bridge oraz wspaniały rejs po Tamizie. Wyobraźcie sobie tylko widok Londynu o zmierzchu podczas gdy płynie się środkiem rzeki… Coś niezapomnianego. Po takich wrażeniach czekała nas tylko jeszcze większa zabawa. Nie zważając na zmęczenie pognaliśmy pod samo London Eye, żeby zaraz znaleźć się na 135 metrach i obserwować miasto w promieniach zachodzącego słońca. Ze stu trzydziestu pięciu metrów! To się nazywa udane zakończenie dnia. Po powrocie na ziemię odbyliśmy jeszcze magiczny czterominutowy pokaz kina 4D (Anglicy chyba naprawdę to lubią…), żeby zaraz kierować się do autobusu wiozącego nas do ośrodka. W czasie drogi powrotnej zmęczenie nie udzielało się żadnemu z nas, było dużo żartów i aplauzu dla dosłownie wszystkiego. Po doczołganiu się do ośrodka jedzenie, mycie i spanie. Nie sądzę, żeby komuś na myśl przychodziło coś innego.

Trzeciego dnia (wtedy wiedzieliśmy już, że to trzeci dzień najlepszej wycieczki na jakiej kiedykolwiek byliśmy) wstaliśmy jeszcze wcześniej niż zazwyczaj, ponieważ wyjeżdżaliśmy na cały dzień poza Londyn. Godzina jazdy i znaleźliśmy się w zamku Windsor, gdzie królowa Wiktoria spędziła 16 lat swojego życia po stracie męża oraz gdzie przebywała królowa Maria, wysłana tam przez męża Jerzego V bojącego się o życie swojej wybranki podczas I wojny światowej. Po otrzymaniu mapek wszyscy rozdzieliliśmy się, zwiedzając twierdzę, po czym spotykając się przy wejściu wsiedliśmy w autokar i pojechaliśmy do Oxfordu. Zwiedzając tamtejszy college zobaczyliśmy ogromny teren, na którym został wybudowany oraz zwiedziliśmy jego mury, między innymi stołówkę na której wzorowała się ekipa reżyserująca Harry’ego Potter’a. Po zwiedzaniu udaliśmy się (tutaj zasłyszany został aplauz damskiej części wycieczki) na zakupy do pobliskiego centrum handlowego. Około 19 zmęczone dziewczyny i znudzeni chłopacy zapakowali się do autobusu i ruszyli w stronę londyńskiego ośrodka. Obiad, i pakowanie, ponieważ rano opuszczamy tak polubione przez nas łóżka, pokoje i stołówkę. O 22 zarządzona przez panią Dyrektor zbiórka w związku z ostatnim dniem naszego pobytu w stolicy. Były śpiewy, zabawy i dużo pocałunków, na koniec każdy opowiadał co najbardziej podobało mu się podczas naszej wyprawy. Wszyscy byli zadowoleniu z przebiegu wycieczki, nauczyciele dziękowali uczniom, uczniowie nauczycielom oraz uczniowie uczniom za wspaniałą atmosferę. Wszyscy byliśmy tak zadowoleni, że impreza skończyła się dopiero około północy. Szybkie mycie i wszyscy do spania!

Rano pokoje były zbyt puste a śniadanie nie smakowało tak dobrze, jak wcześniej. Zewsząd słuchać było ‘za krótko… nie chcę… możemy zostać?… może schowajmy się gdzieś… a jakby przebić opony w autobusie?…’. Po zapakowaniu bagaży czekała nas jeszcze jedna atrakcja – Greenwich i południk zerowy, który przechodził przez to miasto. Po zrobieniu zdjęć dla potrzeb prywatnych oraz zdjęć dla potrzeb naszego biura podróży, niespodziewanie wsiedliśmy w autokar i za dwadzieścia godzin znaleźliśmy się w Darłowie. Dotychczas nikt nie wie, jak to się stało, oraz kto maczał z tym palce, jednak fakt faktem, wróciliśmy do domów. Trochę skołowani, lecz przede wszystkim bardzo szczęśliwi. Wszyscy ludzie, wszystkie miejsca, wszystkie zdarzenia i wszystkie zdjęcia pozostaną w naszej pamięci… hmmm, chyba już na zawsze, prawda?

Weronika Wolska